Mołdawia w kieliszku – edycja IV, Warszawa

(wpis archiwalny) I stało się. Jeszcze kilka miesięcy temu myślałam sobie, że usta moje nie zatopią się w mołdawskim winie, a tu proszę – druga degustacja tychże win i po raz kolejny niezłe wrażenia. Tym razem wzięłam nawet ‘dolewkę’ na koniec ;)

To była już czwarta część serii „Mołdawia w kieliszku” organizowana przez Magazyn Wino. Podobnie jak część 2 (więcej tutaj), prowadzili ją Ewa Rybak i Kuba Janicki – i po raz kolejny dziękuję za przemiły wieczór, ciekawą i pełną zabawnych anegdot prezentację, możliwość spróbowania win, których nie ma w Polsce (jeszcze?) i sympatyczną rozmowę ;)

Tym razem spotkanie odbyło się w Cafe Restauracja i Winiarnia Ujazdowska & Mołdawska na Alejach Ujazdowskich. I tu na chwilę zatrzymam się na dłużej. Ujazdowska&Mołdawska to przemiłe miejsce, ma ciekawy wystrój i przyjazny klimat – z pewnością warto zajrzeć. Prezes restauracji, którego nazwiska niestety nie pamiętam, zaszczycił nas przez chwilę swoją obecnością, opowiedział o historii powstania (to dawna „Villa Moldova”),  przedstawił pokrótce wina Mołdawii, a także jej kuchnię. Oczywiście nie obyło się bez mołdawskiego jedzenia na stołach – było naprawdę wyśmienite! Dużo warzyw, do tego warzywa, a na koniec.. warzywa z odrobiną sera i grzybów! W sam raz dla mnie :D

Wina były inne niż na poprzedniej degustacji, więc miałam okazję poczęstować zmysły czymś nowym. I tak, jak jeszcze węch był w miarę pocieszony – ponownie mogę wysnuć wniosek, że wina mołdawskie lepiej pachną niż smakują – tak kubki smakowe ‘obeszły się smakiem’. Ale nie było źle. Mam jednak wrażenie, że podczas poprzedniej degustacji wina były ciekawsze, bardziej wyraziste. Może nie miały wielkiego pazura, ale przejawiały zalążki charakteru. Tutaj było trochę bezpłciowo.

Zaczęliśmy od znanego już Perla Pelegrina Muscat – lekko musującego wina od producenta Nis-Struguras. Perla ma bardzo jasną barwę, ale małą ilość bąbelków, które w dodatku szybko się kończą. Delikatny smak, wyczuwałam subtelną nutę ciasteczek, ale nie wiem, czy to nie była czasem autosugestia, bo aromat był mało intensywny. W smaku było ok, słodkie, ale zrównoważone kwasowością, dzięki czemu nie kleiło się do zębów. Ten typ mołdawskiego muscata (wytwarzanego metodą charmant) można spokojnie podawać podczas weekendowych spotkań z przyjaciółmi, ale tylko jeśli nie są to smakosze wina. Dla tych drugich warto zaserwować dobre prosecco, cavę czy Limouxa. Szampany zostawmy na ważniejsze okazje ;)

Chateau Vartley Feteasca Regala 2011 miało ciekawy, żółtawy kolor. Niestety aromat znów był dość słaby, ale jak już udało się wcisnąć nos do kieliszka i zaciągnąć, można było się rozkoszować wonią kwiatów i przyjemną słodyczą. Owoców praktycznie nie było, chociaż Ewa z drugiego końca sali krzyczała coś o jabłkach ;) Smak był zaskoczeniem. Nie dlatego, że był nie wiadomo jak wspaniały, ale dlatego, że po tak słodkim i kwiatowym nosie, człowiek spodziewa się, że z kieliszka wleje się w niego słodycz, a tak się nie stało. Wino było wytrawne, z lekkim owocem, szkoda tylko, że nie było dłuższe. Odrobinę za mocno przedzierał się alkohol (choć miało tylko 13% vol.), ale to nie dyskwalifikowało i uważam, że było to, obok musującej Perly, jedno z lepszych win wieczoru.

Kolejne białe wino zwróciło na siebie uwagę etykietą. To jedna z piękniejszych etykiet, jakie widziałam. Lubię takie bajery. I pomimo wiedzy i doświadczenia, wciąż zdarza mi się zakochać w etykiecie i kupić wino z jej powodu, podejrzewam, że tak by się również stało w tym przypadku. Storks Chardonnay Semi Dry 2010, bo o tym winie mowa, było półwytrawnym winem o lekko słodkim aromacie owoców tropikalnych (mocno czuć mango), choć intensywność aromatu była bardzo słaba. Smaku jakoś szczególnie nie zakodowałam w pamięci, wiem jednak, że chciałabym spróbować wersji wytrawnej tego wina z intensywniejszym zapachem. Uważam, że byłoby o wiele ciekawsze. Alkohol w winie nie był w ogóle wyczuwalny, miałam momentami wrażenie, że jest ono bezalkoholowe ;) A miało 12% vol.

Po białej trójce przyszła kolej na wina czerwone. Zaczęliśmy od Denovi Rosu de lar 2009, po pierwszym wdechu nad kieliszkiem uniósł się zapach Mołdawii. Bo dokładnie tak sobie ją wyobrażam i pomimo wszystko jest to pozytywne skojarzenie. W aromacie królowała słodka, jakby lekko przejrzała czereśnia, wokół której tańczyły procenty – nie wiem ile wino miało alkoholu, ale był on wyraźnie wyczuwalny w aromacie. W smaku był sok wiśniowy posłodzony dużą ilością białego cukru. Tanina trochę walczyła, ale przegrywała – wino było już przemęczone, nie miało charakteru. A szkoda.

Kolejne było ciekawsze, dość charakterne, ale o pazurach u Cyganki mówić nie można ;) Gitana Saperavi 2011 pachniała krzyżówką apteki i laboratorium chemicznego. To w sumie najlepsze określenie aromatu tego wina. Może jeszcze dodam ten dziwny słodki element, który wszyscy czuliśmy, ale nikt nie umiał go określić. Ten sam zresztą motyw przejawiał się w ustach, a oprócz niego było trochę przypraw i, znów, apteki czy leków. Trzeba jednak przyznać, że wino się wyróżniało – zarówno tym dziwnym elementem w aromacie i ustach, jak i małym pazurkiem, a do tego miało piękny kolor rubinowy, bardzo głęboki.

Merlot Reserve Lion –Gri był z kolei wiśniowy z brązową krawędzią. Aromat był słaby, ale jak się udało przebić przez pustkę, to do nosa trafiał zapach dość ciężki, owocowy, pełen wiśni. O dziwo ten mołdawski merlot skojarzył mi się z.. francuskim cabernetem ;) Usta dość intensywne i wyraźne, wysoka kwasowość z odrobiną tanin. To, co jednak zaskakiwało w winie to fakt, że było  tak krótkie, że w momencie przełykania można było zapomnieć co się pije.. aż nieprawdopodobne!

Ostatnim oficjalnym winem wieczoru był Dionis Club Kagor o pięknym rubinowym kolorze. Kiedy powąchałam, powiedziałam „o, fioletowy denaturat z szafki pod zlewem!” (jak byłam mała, to u rodziców w domu przy koszu na śmieci stała butelka z piękną fioletową cieczą i śliczną czaszką na etykiecie – oczywiście miałam zakaz zbliżania się do niej, ale pod nieobecność rodziców, robiliśmy wszystko, czego nie było można robić i regularnie zaglądaliśmy do szafki pod zlewem). Kiedy natomiast spróbowałam Dionisa, powiedziałam „o faak!” – i wszystko jasne ;) Dla bezpieczeństwa odstawiłam wino na chwilę; denaturat rozpłynął się w powietrzu i ustąpił miejsca śliwkowej słodyczy. Generalnie można powiedzieć, że była to śliwowica, mocno przesłodzona, której brakowąło trochę kwasowości – kleiła się wszędzie, gdzie tylko mogła. Tak czy inaczej wino miało to coś w sobie. I właśnie to coś sprawia, że od kagora trzymać się będę z daleka ;)

Na koniec do naszego stolika trafiło raz jeszcze wino Chateau Vartely Feteasca Regala. Więc szczęśliwie degustację zakończyłam nieoficjalnym kieliszkiem białego mołdawskiego wina, który dla mnie był hitem dzisiejszego wieczoru.

Mołdawia wcale nie jest taka zła. Nie jest to Francja, nie są to Włochy czy Hiszpania, nie jest to też Nowy Świat. W winach jest wciąż za dużo słodyczy, za mało doświadczenia i wiedzy winiarzy, może trochę też za mało miłości do winogron podczas ich wzrostu.. a może właśnie za dużo i dlatego wina są tak przesłodzone? Ale mają coś w sobie, coś mołdawskiego, czego z pewnością nie mają inne wina na świecie. I właśnie dla tej odrobiny Mołdawii warto się skusić.

 

(wpis archiwalny z 13 czerwca 2013 roku)


Aby dowiedzieć się więcej o serii wpisów archiwalnych kliknij tutaj.