Wine Lady - long distance relationship with wine

Związki na odległość, wieczorne rozmyślania nad kieliszkiem

Związki na odległość w dzisiejszym świecie są niemalże codziennością. Współczesna technologia całkowicie zmieniła postrzeganie miłości na odległość, a tyranię fizycznego dystansu między dwiema osobami można złagodzić rozmową video przez internet, wysłaniem smsa lub emalia, czy też rozmową telefoniczną. Odległość boli nadal, ale jest ‘do przeskoczenia’.

I chociaż współczesna technologia pozwala ból odległości zmniejszyć, to wciąż pozostaje pytanie o to, jak bardzo jesteśmy świadomi, że (bez względu na to, czy chcemy się do tego przyznać czy nie) jest to życie w dużej mierze we własnej wyobraźni – w trochę idealnym świecie, gdzie ta druga strona jest najlepsza, najpiękniejsza, ale… wciąż nierealna, nierzeczywista, nieprawdziwa, dostępna tylko z dzwonkiem telefonu czy dźwiękiem przychodzącego sms i ciągłym oczekiwaniem. Podejrzewam, że każdy z nas tego doświadczył w mniejszym bądź większym stopniu.

A jak to się ma do związków z naszymi marzeniami o winie?

Jak to się ma do wyobrażeń winiarni, czy butelki wina, o której marzymy, którą kochamy na odległość, którą adorujemy tak namiętnie? Czy chcemy TAM pojechać bo uważamy, że to najwspanialszy budynek świata? Czy po prostu ‘bo wszyscy tam jadą i fajnie będzie wrzucić na fejsa fotkę z Chateau Margaux w tle’? Czy chcemy naprawdę spróbować TEGO wina za tysiące dolarów, bo chcemy poznać jego smak, czy po prostu chcemy spróbować czegoś nieosiągalnego? Czy może chcemy, aby inni nam zazdrościli?

Zastanawiałam się ostatnio nad tym, jak bardzo wyidealizowanie, wyobrażenie butelki wina, o której wszyscy mówią, a która jest poza granicą naszej rzeczywistości, jak bardzo jest ono prawdziwe. Jak bardzo myślimy, że Rothschild, Latour czy Moet-Chandon są wspaniałe, najwspanialsze, smakują najlepiej na świecie etc jak bardzo idealizujemy, jak pięknie o nich piszemy, zapominając, że nie piszemy o nich samych, tylko piszemy o naszym ich wyobrażeniu, o naszej własnej wyimaginowanej butelce wina, która gdzieś tam daleko od nas sobie istnieje, a o której my myślimy w najlepszych kategoriach; jednocześnie nie potrafiąc docenić tego, co mamy w naszej własnej winnej piwniczce.

 

Wine Lady - long distance relationship with wine

ja i ona – nasz związek na odległość; teraz już tylko wyobrażenia, które niedługo skonfrontuję z rzeczywistością ;)

Jak bardzo te niby czyste uczucia są prawdziwe? Jak bardzo są one zgodne z rzeczywistością? Oczywiście przekonujemy się, gdy już ją zdobędziemy, gdy otworzymy, wlejemy do kieliszka i spróbujemy. Wtedy dopiero otwieramy oczy i … zaczynamy oceniać.

Czasem zderzenie z rzeczywistością przekracza nasze oczekiwania, czasem jest dokładnie takie jak sobie wyobrażaliśmy, a, niestety często, jest przykrą niespodzianką.

Jak bardzo wtedy nasze oczekiwania stają się naszymi własnymi wrogami, psującymi piękno chwili? Jak bardzo smuci nas rozczarowanie, bo butelka, która kosztuje więcej niż nasz samochód, nie smakuje tak jak sobie to wyobrażaliśmy? Jak bardzo to rozczarowanie wpływa na nasze całościowe emocje związane z tym konkretnym winem? Czy za miesiąc wciąż będziemy pamiętać wieloletnią ekscytację etykietą, o której marzyliśmy? Czy w pamięci pozostanie tylko „eee tam, wcale nie było warte swojej ceny”?

Bo to właśnie wydaje mi się być problematyczne – nie ta biedna butelka z winem, która istniała sobie wtedy, istnieje teraz i będzie istnieć jeszcze przez lata. Problemem jest to, co i jak my o tym myślimy, jak postrzegamy, jak bardzo negatywni/pozytywni jesteśmy i jak łatwo (trudno?) przychodzi nam akceptowanie rzeczywistości.

Te i inne pytania można sobie zadawać w kółko, a wiele z nich pozostanie bez odpowiedzi. Lubię swoje wyobrażenia, ale nie zawsze cieszy mnie ich zestawienie z rzeczywistością. Chociaż i to na swój sposób jest piękne.

Z drugiej strony nie ma w tym przecież nic złego! Mieć marzenia, mieć pragnienia i mieć z tym związane emocje. Nie ma nic złego w trzymaniu zdjęcia najdroższej na świecie butelki wina na pulpicie, czy też wycinaniu win o najwyższych notach ze światowych magazynów winiarskich i przypisaniu ich do naszej tablicy korkowej, do tablicy marzeń winnych.

Nie ma nic złego w patrzeniu na tą konkretną butelkę wina, wyobrażaniu sobie jak smakuje, wyobrażaniu sobie, że jest nasza i dzięki jej posiadaniu czujemy się lepiej. Nie ma nic złego w tworzeniu wizji, które wywołują nasze pozytywne emocje, które mobilizują nas do działania.

Ale też nie ma też nic złego w doświadczaniu ich prawdziwości, w poznawaniu jak bardzo różnią się one w rzeczywistości od naszych wyobrażeń. Nie ma nic złego w zmianie naszego postrzegania tej konkretnej butelki, tego konkretnego człowieka wina, czy regionu winiarskiego.

Jak bardzo te niby czyste uczucia są prawdziwe? Jak bardzo są one zgodne z rzeczywistością? Oczywiście przekonujemy się, gdy już ją zdobędziemy, gdy otworzymy, wlejemy do kieliszka i spróbujemy. Wtedy dopiero otwieramy oczy i … zaczynamy oceniać.  Czasem zderzenie z rzeczywistością przekracza nasze oczekiwania, czasem jest dokładnie takie jak sobie wyobrażaliśmy, a, niestety często, jest przykrą niespodzianką.  Jak bardzo wtedy nasze oczekiwania stają się naszymi własnymi wrogami, psującymi piękno chwili? Jak bardzo smuci nas rozczarowanie, bo butelka, która kosztuje więcej niż nasz samochód, nie smakuje tak jak sobie to wyobrażaliśmy? Jak bardzo to rozczarowanie wpływa na nasze całościowe emocje związane z tym konkretnym winem? Czy za miesiąc wciąż będziemy pamiętać wieloletnią ekscytację etykietą, o której marzyliśmy? Czy w pamięci pozostanie tylko „eee tam, wcale nie było warte swojej ceny”?  Bo to właśnie wydaje mi się być problematyczne – nie ta biedna butelka z winem, która istniała sobie wtedy, istnieje teraz i będzie istnieć jeszcze przez lata. Problemem jest to, co i jak my o tym myślimy, jak postrzegamy, jak bardzo negatywni/pozytywni jesteśmy i jak łatwo (trudno?) przychodzi nam akceptowanie rzeczywistości.  Te i inne pytania można sobie zadawać w kółko, a wiele z nich pozostanie bez odpowiedzi. Lubię swoje wyobrażenia, ale nie zawsze cieszy mnie ich zestawienie z rzeczywistością. Chociaż i to na swój sposób jest piękne.  Z drugiej strony nie ma w tym przecież nic złego! Mieć marzenia, mieć pragnienia i mieć z tym związane emocje. Nie ma nic złego w trzymaniu zdjęcia najdroższej na świecie butelki wina na pulpicie, czy też wycinaniu win o najwyższych notach ze światowych magazynów winiarskich i przypisaniu ich do naszej tablicy korkowej, do tablicy marzeń winnych.

wyobrażałam sobie, że zbiory winogron są świetne, ale rzeczywistość okazała się jeszcze piękniejsza :)

Nie ma nic złego w tym, że mamy inne zdanie na dany winny temat niż cała reszta winiarskiego świata – ktoś powie, że tak nie wolno, że to bycie odosobnionym sprowadzi na manowce. Czyżby? Ktoś inny powie, że to bycie wyjątkowym, posiadanie własnego zdania i wyróżnianie się z tłumu szaraczków. Od nas zależy, któremu „komuś” zaufamy i którego „kogoś” będziemy słuchać.

Szkoda tylko, że tak wielu z nas, gdy już jest po wszystkim, zapomina o tej ekscytacji, zapomina o radosnym oczekiwaniu, a na kartach pamięci zapisuje tylko wspomnienie o tym, jak to wino nie jest warte swojej ceny i że to tylko nazwa i nie wiedzieć czemu wokół tejże etykiety trwa tak wielkie zamieszanie…

Ale nie zmienia to faktu, że na fejsie wrzucamy fotki i chętnie chwalimy się, że to konkretne wino już piliśmy, choćby dla wzbudzenia emocji u innych (ekscytację, radość, podziw, ale i zazdrość lub motywację do „jak ona może to ja też mogę!”).

A jak już nasze emocje opadną, jak już zapomnimy o tej ekscytacji, jak znajdziemy sobie inny cel do zdobycia, to ktoś zupełnie nam obcy wejdzie na naszego fejsa, skopiuje zdjęcie butelki, które dawno temu tam wrzuciliśmy, jeszcze za czasów wielkiej ekscytacji, i ten ktoś sobie tę butelkę wydrukuje i przypnie do swojej tablicy marzeń.

I tak rozpocznie się kolejny romans na odległość, pełen marzeń, wyobrażeń i oczekiwań…

A jak jest z Wami? O jakich butelkach marzycie? Jaki region winiarski w Waszych wyobrażeniach odwiedzacie? Kogo ze świata wina chcielibyście poznać osobiście? Czy zdarzyło Wam się otworzyć butelkę, o której marzyliście, a która okazała się być całkowicie inna od Waszych wcześniejszych wyobrażeń? Podzielcie się Waszą opinią w komentarzach!

Dodam jeszcze tylko, że butelka Chateau d’Yquem zniknęła już z mojej tablicy marzeń – ta prawdziwa, którą dostałam na urodziny w lipcu, stoi teraz w pięknym drewnianym pudełku w mojej winnej piwniczce i czeka na okazję. Ale nie będzie czekać długo – chcę zestawić wyobrażenia z rzeczywistością i zacząć w końcu myśleć o d’Yquem realnie!